MANIFEST Kościoła Radości ISTNIENIA

Manifest - wybrane cytaty - obszar: metafizyka

[DUSZA I TO CO DALEJ]

(...)

[402] "Czym jest jednak dla nas dusza? Czy faktycznie posiadamy duszę lub, jak chcą też niektórzy, sami tą duszą jesteśmy? Przecież posiadanie przez nas duszy musiało by oznaczać, że to my jako jednostka posiadamy coś, co jest "nasze" i jest częścią nas. Ale tak naprawdę, to kim jesteśmy "my"? Przecież wszystko co otrzymujemy podczas tego co nazywamy istnieniem, nie jest nasze. Po pierwsze to nie my spowodowaliśmy nasze narodziny, ani nie nasi rodzice - oni byli jedynie ograniczonymi w swojej woli "przekaźnikami". Mogli co prawda nie zdecydować się na dziecko, ale już w momencie zdecydowania się, nie mieli żadnego wpływu na to co się wydarzy i kto się urodzi. Również następnie przez całe nasze życie jedyne co robimy, to przetwarzamy energię, która już istnieje. Żywimy się materią, która istnieje, oddychamy powietrzem, które istnieje, myślimy o rzeczach, które nie wychodzą poza dzieło stworzenia Boga, więc istnieją, funkcjonujemy według wzorców, które już istnieją i przepływają przez nas oraz tworzą nas energie, które również już istnieją."
[403] "Cóż więc mamy własnego? Raczej niewiele, żeby nie powiedzieć: NIC. Co więc upoważnia nas aby mówić "my" czy "nasza dusza"? Jedyne co mamy własnego, to możliwość wydzielenia siebie jako pamięci chwili z dzieła Boga i zapamiętanie tego co się w naszym życiu wydarza. To nasze wspomnienia budują nas. Jesteśmy śladem i pamięcią, a nie formą i kształtem. Dlatego najważniejsza jest sama pamięć wydarzeń. Aby jednak mogła zaistnieć pamięć wydarzeń, musi najpierw wcześniej wydarzać się coś, co możemy zapamiętywać. A im radośniejsze będą to zdarzenia i następnie pozostające wspomnienia, tym większe nasze spełnienie w chwili śmierci."
[404] "To, co robimy poprzez nasze życie, to jedynie "użytkujemy" przydzielony nam pewien niewielki obszar dzieła Boga kształtując go według "swojego życzenia", nie wychodząc jednak poza to, na co nam pozwala Stwórca. Wszystko co robimy w czasie życia to... nic więcej niż zabawa na plaży i budowanie zamku z piasku. Nadajemy użytkowanemu przez siebie obszarowi formę taką jak chcemy, bawimy się przemyślnym kształtowaniem murów naszego zamku, jego wież, baszt, fos, na szczycie nawet zatkniemy flagę, że ten zamek należy do nas, że to jesteśmy "my". I tyle. To jest całe nasze życie. A potem robi się ciemno, nadchodzi noc i musimy już odejść, i zostawić wszystkie nasze zabawki i nasz zamek. Zamek powraca do swojego pierwotnego kształtu ziarenek piasku czekając na następnego, który będzie za chwilę budował nowy zamek, który określi jako swoje życie i nada temu zamkowi kolejną nazwę "ja"."
[405] "Możliwe, że pierwsze świadome ujrzenie przez człowieka (wrażliwego człowieka, może szamana) samego siebie - czy to dostrzegając po prostu swoje ciało: ręce, nogi, korpus, czy widząc swoje odbicie w tafli wody - spowodowało, że sami wydzieliliśmy z siebie swoją drugą część - swoją duszę. Patrząc na swoje ciało, a jeszcze bardziej na swoje odbicie, kiedy z odbicia spoglądała na nas jakaś "obca" twarz, widzieliśmy przecież nie tyle "siebie" (bo to my patrzeliśmy), ale jakąś inną postać. Co prawda, poprzez logiczne wnioskowanie wiedzieliśmy, że to musimy być my, ale z drugiej strony przecież to "my" zobaczyliśmy, że istnieje jakieś ciało fizyczne "nam" przydzielone. Nasza świadomość stanęła więc obok przydzielonego jej ciała, nadając dwa niejako różne i niezależne byty zarówno ciału, jak i sobie samej."
[406] "Po życiu fizycznym ciało musi umrzeć - i temu świadomość się sprzeciwia, bowiem przyzwyczaiła się do doznawania znanej już sobie przyjemności w życiu doczesnym, a i boi się również tego co nieznane. Świadomość nie chce umrzeć, dlatego tworzy sobie (i innym - poprzez rozwój wierzeń i religii) perspektywę dla samej siebie, dalszego życia po opuszczeniu fizycznej powłoki. To świadomość chce być nieśmiertelna, zachowując całą swoją świadomość i pamięć zdarzeń. Patrząc z kolei z punktu widzenia ciała, to świadomość jest duszą, która ma szansę, jako niematerialna część nas, żyć dalej w innym świecie, przedłużając nasze trwanie na okres wieczności, pokonując tym samym fizyczną śmierć."
[407] "Naciągany i osadzony jedynie w realiach minionych ziemskich królestw wydaje się liniowy pomysł (np. chrześcijaństwo, islam), żeby istniała nieśmiertelna (lub nawet śmiertelna w jakimś zakresie) dusza zachowująca całą świadomość zmarłego, przechodząca po śmierci ciała do innego świata i czekająca na to, aż ostatecznie Bóg na koniec czasów osądzi ją za ziemskie uczynki, wymierzając jej sprawiedliwość - dając jej wieczną nagrodę lub wieczne potępienie. Naciągane to i mało spójne oraz z punktu widzenia praw natury: całkowite marnotrawstwo energii skazanej na wieczne zaklęcie w raju lub w piekle."
[408] "Bardziej prawdopodobny już może się wydawać pomysł reinkarnacji i kolejnych wcieleń domniemanej duszy (np. hinduizm, buddyzm, a i częściowo chrześcijaństwo do VI wieku), stanowiący w jakimś zakresie powtarzalny cykl, choć z kolei nadawanie mu tak jak w hinduiźmie, kary lub nagrody za "dobre" lub "złe" zachowania w poprzednim wcieleniu, jest znowu mało wiarygodną próbą przeniesienia wartości ludzkich do szerszego świata Boga."
[409] "Są naukowe przesłanki do uznania, że "dusza" może istnieć, wynikające z niektórych badań wskazujących, że czasami, szczególnie małe dzieci (3-4 letnie) są w stanie pamiętać życie osób trzecich, które zmarły śmiercią naturalną lub (częściej) zginęły tragicznie. Są próby cofania się w hipnozie do głębokich wspomnień "poprzednich istnień" osób badanych. Poddawane badaniom, tak małe dzieci, jak i osoby dorosłe są w stanie swobodnie podawać szczegóły, o których nie były w stanie dowiedzieć się od innych, a które pokrywają się z faktami z życia osób zmarłych. (...) Nie da się jednak na podstawie tych poszlak wyciągać żadnych pewnych wniosków na temat mechanizmów funkcjonowania przepływów energii po śmierci człowieka i samych rodzajów tych energii. Niezbędne są liczne dalsze badania, na podstawie których będziemy mogli jako ludzkość powiedzieć więcej o tym kim jesteśmy i czy, oraz ewentualnie w jakiej formie nasze życie ma szanse istnieć po śmierci fizycznej ciała."
[410] "Biorąc jednak pod uwagę spójność i jedność dzieła stworzenia, rozmiar dzieła (choćby biorąc pod uwagę jedynie zakres dostępny dla ludzkiej obserwacji), skalę złożoności jego procesów i ich doskonałą równowagę, a także istnienie obszarów pozazmysłowych i zaprogramowane ograniczenia świadomości człowieka w dostępie do tych obszarów, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że istnieje coś "poza" - poza życiem człowieka, również po śmierci fizycznej, choć pewnie może to odbiegać od ludzkich oczekiwań życia wiecznego..."
[411] "Filozofia/religia Ra'i nie chce jednoznacznie określać się zarówno co do pojęcia istnienia "duszy" człowieka, jak i jej ewentualnej formy, ponieważ wszystko co może być na ten temat powiedziane, opiera się jedynie na dotychczasowym religijnym spekulanctwie, przypominając czyste "wróżenie z fusów". (...)"
[412] "(...) Wyrażamy stanowisko jedynie wobec konieczności umownego chociaż określenia podstaw zagadnienia duszy, wyłącznie dla obecnych potrzeb naszych wiernych, bazując na współcześnie dostępnych ludziom przesłankach. (...) Dlatego wyrażone poniżej stanowisko należy traktować nie jako trwałe, ale jako tymczasowe i umowne ujęcie problemu."

(...)

[415] "Ta towarzysząca nam podczas życia, przydzielona naszemu indywidualnemu bytowi, energia samoświadomości - mogąca być ewentualnie rozumiana przez człowieka jako dusza - po pierwsze nie jest nami i nie jest naszą świadomością, a jest energią zewnętrzną uruchamiającą i koordynującą lub sterującą procesem funkcjonowania naszej jednostkowej (samo)świadomości oraz umożliwiającą nam korzystanie z nadświadomości zbiorowej i energii wyższej Stwórcy, a po drugie - zachowuje jedynie nasz energetyczny ślad, odcisk naszego istnienia, zapis wzbudzeń naszego umysłu podczas całego życia, swoistą matrycę energetyczną historii naszego bytu. W momencie śmierci naszego ciała, przestajemy odbierać energię życia i z niej korzystać, z kolei energia samoświadomości zostaje uwolniona i powraca do wspólnego dla wszystkich "istot złożonych", źródła energii świadomości. Równocześnie, pozostała w świecie fizycznym materia również nie znika, choć zmienia swoją zewnętrzną formę powracając do cyklu obiegu materii w przyrodzie."

(...)

[421] "To byłby najlepszy raj dla człowieka. Projekcja tego co było dla nas najpiękniejsze - ostatnie, ale za to już wieczne, wielowymiarowe jak w cudownym śnie i nad wyraz realne, interaktywne wspomnienie całego naszego życia, wszystkich naszych radości i szczęścia, wszystkich tych, którzy nas kochali, i których my kochaliśmy, wspaniałych zapachów, smaków, dotyków, myśli, pocałunków, miłości, pierwszych zmagań z życiem, pierwszych ocen w szkole, naszego dzieciństwa, młodości, dorastających dzieci, wnuków, przyjaciół, ukochanej żony, ukochanego męża i ostatnich obrazów wpadającego przez okno słońca. Słowem wszystkiego co było dla nas w życiu najdroższe, cudowne i radosne - i taki raj, składający się z żywych wspaniałych wspomnień pozbawionych ziemskich pragnień i trosk, otrzymalibyśmy jako zawieszoną na wieczność w nieistniejącym czasie projekcję..."
[422] "Bez względu na to czy jesteś ateistą, czy osobą wierzącą, bez względu na to w jakiego Boga wierzysz, również na pewno wolał(a)byś na zawsze pozostać już w cudownym jak we śnie obrazie wspomnień swego życia, swoich bliskich i waszych wspólnych radości i szczęścia, niż na wieczność zawiesić się albo w niebycie, albo w jakimś bliżej nieokreślonym mitycznym i całkowicie ci obcym "raju". Niech jednak każdy z nas ma swoją wizję swojego życia po tamtej stronie. Nie odbierajmy nikomu nadziei na otrzymanie tego w co wierzy, i w sposób, w jaki wierzy."

[JEDNOŚĆ JAKO "MIŁOŚĆ" BOGA, A NAUCZYCIEL JEZUS]

(...)

[337] "Dlaczego jednak religie do tej pory nie potrafiły dostarczyć ludziom spójnego wytłumaczenia pojęcia miłości wyższego rzędu - "miłości Boga"? Dlaczego, np. religia chrześcijańska, próbując mówić od zawsze o "miłości Boskiej", nie jest w stanie osiągnąć niczego więcej niż jedynie znużenie wiernych - kiedy, np. słuchają czysto teoretycznych, oderwanych najczęściej od praktyki codziennego życia, kazań katolickich - lub co najwyżej chwilowe potakiwanie głową, gdy wierni uzmysławiają sobie, że "coś w tym jednak jest" - kiedy słuchają nieco bardziej osadzonych w praktyce życia, kazań protestanckich?"
[338] "Podstawową przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest jedynie to, że religie nieświadomie "błądzą" w swojej niewiedzy, ale przede wszystkim to, że doczesny interes większości religii świata zawsze niestety pozostawał, i nadal pozostaje w sprzeczności z wyższymi prawami Jedności świata Boga, o których religie te miały by mówić. Religie, czerpiąc jedynie w początkowej fazie swoich rozwojów ze wspólnego źródła (Boga), były tworzone następnie wyłącznie przez ludzi, i przez ludzi były wykorzystywane do narzucania innym swoich ludzkich praw. Dlatego też religie, nie są w stanie bez znacznej - "doczesnej szkody" - dla samych siebie, przekazać ludziom o co tak naprawdę w pojęciu "miłości Boga" chodzi."
[339] "Nie da się bowiem powiedzieć prawdy o "miłości Boga" po pierwsze: bez całkowitego odcięcia się od umocowywania w Bogu praw, które największe religie świata narzucały w przeszłości swoim wiernym i w następstwie tego niemal całemu dzisiejszemu światu ludzkiemu, a po drugie: bez znacznego, o ile nawet nie - całkowitego odcięcia się od sfery materialnej świata fizycznego. W aspekcie samego choćby posiadania materialnego, np. Kościół chrześcijański - katolicki, w momencie chęci w miarę rzetelnego pójścia śladami nauczania Jezusa, musiałby odciąć się od pragnienia gromadzenia dóbr materialnych oraz posiadania władzy. Nie chcąc jednak rezygnować z posiadania materialnego i władzy, wybrał drogę hybrydową - trochę teorii nauk Jezusa, a resztę praktyki doczesnego świata ziemskiego, sprowadzając zagadnienie "miłości Boga" jedynie do pozbawionego głębi i szczerości (w jego wielowiekowym wykonaniu) nawoływania do umiłowania bliźnich. Jedynie religie, czy jak kto woli - filozofie wyzwolone z pojęcia osobowego Boga, który narzuca ludziom swą wolę poprzez bezpośrednie nakazy - czyli przede wszystkim buddyzm, ale i również częściowo, np. taoizm, są w stanie zbliżyć się bardziej precyzyjnie do pojęcia "miłości Boga"."
[340] "Aby mieć uczciwe prawo mówienia o Miłości Boga wynikającej z Jedności wszechrzeczy, dotychczasowe religie powinny przede wszystkim całkowicie odrzucić niesiony przez siebie balast w postaci narzucania ludziom poczucia winy nie tyle za popełnione lub nie, co za całkowicie nie istniejące grzechy wobec Boga. To wyimaginowane przez samych ludzi grzechy wobec Stwórcy, generujące następnie silne mentalne zabobony powodują, że religie pomimo sumarycznie jednak na pewno dobrych chęci, nie są w stanie przekazywać ludziom Boga tak, jak można to najpiękniej czynić - w sposób całkowicie naturalny, prosty, bezpośredni - i przez to najprawdziwszy. "
[341] "Mentalne zabobony religii - to poczucie winy i strach przed rzekomą karą Boską pojawiające się wskutek religijnej manipulacji - tworzonych przez religie zakazów i nakazów. Mentalne zabobony silnie i głęboko skażają umysły wiernych - najczęściej już w momencie nauczania religii w dzieciństwie - błąkając się następnie w świadomości i podświadomości swoich ofiar przez resztę ich życia."
[342] "Np. Jezus w swoim nauczaniu (zgodnie z informacjami pochodzącymi z biblijnych Ewangelii) zwracał uwagę na konieczność pomagania innym: biednym, słabszym, chorym, odrzuconym przez ówczesny, niesprawiedliwy system społeczno-religijny i nauczał o równości wszystkich ludzi, po śmierci, w królestwie Boga. Jezus zapewne był w stanie łatwo otwierać się na energię wyższą Boga, czerpać z niej wiele, jak i również sporo Prawdy spływającej z odczuwania Jedności współczesnym sobie ludziom przekazywać (chrześcijaństwo dla określania energii wyższej Boga używa określenia "Duch Święty"). Czynił to jednak, będąc całkowicie osadzonym w religii judaizmu, z bardzo wyrazistym obrazem okrutnego Boga Jahwe, surowo karzącego ludzi za niewypełnianie jego woli oraz za pozostawanie w tak zwanym "grzechu". I to niewątpliwie znacznie "zainfekowało" jego nauczanie, redukując następnie również, na co najmniej dwa kolejne tysiąclecia, możliwość odbioru przez chrześcijan Prawd Boga - czyli pełnego i rzetelnego odbioru otaczającego nas świata - do jedynie tak naprawdę dość "pogróżkowo-teoretyczno-życzeniowych" nauk Jezusa. To przede wszystkim powodowało, że chrześcijaństwo przez cały czas swojego istnienia borykało się później z całkowitym brakiem możliwości wprowadzenia tych nauk w praktyce funkcjonowania świata Boskiego stworzenia - w realnym i rzeczywistym świecie codziennego życia ludzi. Teoria niby się zgadzała, ale praktyka już nie."
[343] "Jezus, z pewnością tak samo jak i wszyscy prości religijni Żydzi tego okresu, podlegał od dziecka silnemu zmanipulowaniu przez swoją religię, co niestety zablokowało i wypaczyło możliwość jego pełnego i prawidłowego odbioru prawd jedności świata. Jezus wyczuwał Jedność świata Boga, ale z tego co widać z Ewangelii, silne, mentalne więzy i okowy judaizmu nie pozwalały mu wznieść się całkowicie ponad podziały, w tym podziały religijne. To dlatego Jezus, mówiąc o potrzebie miłości do innych, pozostawał równocześnie okrutnym dla tych, którzy nie chcieli by podzielać jego sposobu widzenia świata - jego nauk i jego żydowskiej wiary silnie dzielącej ludzi, a jedynie tylko wzbogaconej o uniwersalne wartości ludzkie - strasząc ich zgodnie z tradycją poprzednich proroków judaizmu Boską karą i wiecznymi mękami w ogniach piekielnych. To dlatego Jezus wartościował ludzi na tych, którzy albo pójdą za nim i za jego naukami, i zostaną zbawieni przez Boga Jahwe na wieki, albo są całą resztą świata, której już z kolei na wieki należny jest jedynie: "ogień wieczny przygotowany diabłu i jego aniołom" (Mt.25.41).
(Tego typu religijne "zainfekowanie" dzielącymi świat ludzi zasadami judaizmu i chrześcijaństwa, po sześciuset latach, przejął i silnie zradykalizował islam, dzieląc ludzi najważniejszą miarą na tych, którzy: albo są z Mahometem i islamem, albo, stanowiąc całą resztę świata, mają już być jedynie śmiertelnymi wrogami Boga oraz kolejnego "narodu wybranego" Boga - muzułmanów)."
[344] "Gdyby Jezus żył w dowolnie innej części ówczesnego świata, nie znałby wówczas tak silnie obciążających psychikę człowieka, pojęć "grzechu" i "winy" wobec Boga. Nauczałby wówczas swoją społeczność o zupełnie innym, niż judaistycznym Bogu. Bardzo prawdopodobne, że bez względu na miejsce świata, w jego naukach byłoby głęboko obecne poczucie "miłości do świata", wynikające z wyczuwanej przez Jezusa jedności wszechrzeczy Boskiego stworzenia, jako przecież niezależna od ludzi - ich miejsca urodzenia i ich religii - cecha dzieła Boskiego. Jezus nie posiadał jednak żadnej szerszej wiedzy o świecie (nie tylko dlatego, że pochodził z ubogiej rodziny, ale przede wszystkim dlatego, że wiedza naukowa jeszcze wówczas praktycznie nie istniała) - nie był w związku z tym w stanie posiadać żadnego szerszego dystansu do religii i tworzonych przez nie obrazów świata - i nie był tym samym w stanie dokonać syntezy "zagadnienia Boga" czy "jedności świata", choćby na miarę dzisiejszych możliwości."
[345] "To co przetrwało z ustnych przekazów o, nie spisywanych przecież za życia Jezusa jego naukach, było również zapewne jedynie częścią tego o czym faktycznie nauczał, i nie jest wiadomym w jakiej części oddaje pełnego "ducha" Jezusowego przekazu. Dodatkowo, kiedy w pierwszych wiekach religia chrześcijańska (kościół chrześcijański głównego nurtu) zaczęła bazować na nawarstwiających się kolejno wyobrażeniach na temat jego nauk, mogła być również stopniowo tracona i "spłaszczana" ostrość przekazu Jezusa, tym bardziej na temat, dość trudnego przecież do zrozumienia na poziomie ludzkiej jednostki, uczucia Miłości i Jedności w Bogu."